Dziedzictwo antybiblijne

Opublikowałem jakiś czas temu parę wierszy o tematyce biblijnej. Chciałbym opowiedzieć o moich inspiracjach kulturowych związanych z ich powstaniem, które być może są wtórne, ale silnie ukształtowały mój światopogląd.

Spore wrażenie i niemało refleksji spowodował we mnie film „Ostatnie kuszenie Chrystusa” w reżyserii Martina Scorcese. Film ten pokazuje Chrystusa jako postać zupełnie inną, niż opisywana w ewangelii. Na początku filmu spotykamy ubogiego cieślę, który zajmuje się zbijaniem krzyży przeznaczonych do egzekucji ludzi skazanych na śmierć. Jest on zagubiony i nie widzi w swoim życiu sensu. Jedyną jego pasją jest pewna prostytutka, której dom odwiedza, ale nie mając zbyt wiele pieniędzy, poprzestaje na patrzeniu na nią w trakcie, gdy zaspokaja potrzeby innych. Nie ma zbyt wielu pomysłów na życie, do czasu, kiedy odkrywa, że jest Synem Bożym, zapowiadanym Mesjaszem, i rozkręca działalność kaznodziejską. Głosi idee, które są kontrowersyjne i potępiane przez duchowieństwo, przez co skupia na sobie uwagę ludzi. W końcu postanawia, że musi umrzeć. W tym celu zleca Judaszowi, aby „zdradził go”, podając kapłanom miejsce jego pobytu w Jerozolimie. Wszystko szło dobrze, do czasu, kiedy nastąpił moment śmierci krzyżowej…

W chwili śmierci poddany jest wyjątkowo wyszukanemu kuszeniu – nagle zdaje mu się, że może zejść z krzyża, nie zwracając niczyjej uwagi, i ukryć się gdzieś. Z tej możliwości korzysta. Znajdując dawną znajomą, poślubiając ją i wychowując jej dzieci dochodzi do wieku starczego. I wtedy pewnego dnia, gdy jego zdrowie już podupadło i wkrótce umrze, odwiedzają go jego dawni uczniowie. W tym momencie Chrystus pojmuje, że powinien swoją śmierć doprowadzić do końca, aby nikt nie śmiał w nią wątpić. A wtedy okazuje się, że to wszystko, co przeżył po zejściu z krzyża, było złudzeniem. I może dokończyć swoje przedsięwzięcie – umrzeć za grzechy całej ludzkości.

Spojrzenie na Chrystusa jako na człowieka realizującego w życiu swój własny cel, wskazuje na cechę ewangelii, która inaczej może nam umknąć: jest to opowieść o ludzkim działaniu. Planowo i konsekwentnie zrealizowanej idei. Cóż z tego, że my dziś możemy sądzić, że idea ta jest błędna? Liczy się to, że została przez Nazarejczyka zrozumiana i zrealizowana. Przez co nie sama ona, ale treść jego nauki i jego duchowa doskonałość, jaką osiągnął przez kontemplowanie swojej bezsensownej ofiary, były przykładem i przesłaniem moralnym i pozostają dla tak wielu ludzi wartościowe do dziś. Nie sam cel się tu liczył, ale to, w jaki sposób został osiągnięty.

Jeżeli chodzi o dzieje Adama i Ewy, to wpływ na mnie miały dwie wspaniałe pieśni satanistyczne: „And The Sin Becomes” grupy Hate i „A pocket Size Sun” z repertuaru Tiamat. Pierwsza z nich opisuje buntowniczy stosunek względem Boga związany z logicznym rozważaniem motywów, jakie stały za stworzeniem świata w takiej wersji, w jakiej zostało to przedstawione w Księdze Rodzaju. Pojawia się poważna wątpliwość natury eschatologicznej: po co Bóg stworzył drzewo poznania dobra i zła? Czy był do tego jakoś przymuszony – przecież jest wszechmogący… a może chciał w ten sposób sprawić sobie sadystyczną przyjemność, obserwując istotę, która chce być wolna, ale coś jest przed nią ukryte. Piosenka „A Pocket Size Sun” opisuje spotkanie narratora z „kobietą, która ma coś do sprzedania” – innymi słowy, dziwką. A jednak jej zachowanie jest tak inne od tego, które znamy z tradycyjnego, biblijnego wzorca Ewy – kusicielki. Tak bardzo widzimy godność i celowość jej zachowań, w których jest też drobna nutka matczynej opiekuńczości. Czyżby Johan Edlund, autor tekstu, eksperymentując z halucynogenami, napotkał w swoim umyśle spójną wizję kobiecości? Jeśli tak, to warto było ćpać. O ile nie potrafi się dojść do zrozumienia wielkich wartości w życiu w inny sposób.

There are no comments on this post

Leave a Reply

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.